Niezwykłe chimery, tajemniczy famulus i groźna bestia, czyli Joanna W. Gajzler i Necrovet. Hodowla istot chimerycznych.
Moja regularna wizyta kontrolna z Merlinem w klinice pod szyldem Necrovet stała się już niemal tradycją. Mimo że w poprzedniej odsłonie było nieco bardziej obyczajowo niż zwykle, ten zwariowany świat w Zrębkach ma w sobie po prostu coś takiego, co bez przerwy mnie przyciąga. Dlatego bez większego wahania ponownie zabrałam Merlina na spacer i sięgnęłam po Necrovet. Hodowla istot chimerycznych, żeby na własne oczy przekonać się, jak Florka poradzi sobie ze swoim nowym famulusem, tajemniczą bestią i kolejną porcją niezwykłych pacjentów!
Nie każda więź powinna łączyć światy żywych i umarłych.
W lecznicy doktor Izabeli Pokot pojawiają się nowi pracownicy, a wraz z nimi kolejne wyzwania: od zatrutych kolokolo, przez zaniedbane peteu, po skrzydlatego araleza, którego krew ma bardzo pomocne właściwości. Jednak nawet najbardziej niezwykłe przypadki bledną, gdy w okolicy zaczyna grasować tajemnicza bestia atakująca magiczne stworzenia.
A kiedy granice zostają przekroczone, nie zawsze da się je z powrotem zamknąć.
Famulus poszukiwany.
No i chyba dotarliśmy do końca wizyty w Zrębkach. Piąty tom Necrovetu okazał się dla mnie odrobinę lepszy od poprzedniego, choć nadal nie wróciłam do poziomu zachwytu, jaki miałam przy pierwszych spotkaniach z Florką i ekipą.
|
Tym razem fabuła właściwie… płynie sobie. Florka rozwija swoje nekromanckie zdolności, bywa na zlotach wiedźm, pracuje w lecznicy i przede wszystkim czeka, aż los w końcu postawi na jej drodze famulusa. Wielkiej intrygi tu nie ma, tempo jest spokojne, a rdzeń historii można by pewnie zmieścić na serwetce po kawie. I paradoksalnie chyba właśnie dzięki temu czytało mi się ten tom całkiem dobrze. Nadal najbardziej lubię jednak sam świat i wszystkie jego futrzaste, skrzydlate i zdecydowanie mniej standardowe stworzenia. Joanna W. Gajzler po raz kolejny udowadnia, że wyobraźni jej nie brakuje, a weterynaryjna codzienność w wydaniu fantasy wciąż ma swój urok. Szkoda tylko, że tym razem trochę zabrakło mi Bastiana, cioć i większego zamieszania. Za to pojawiły się trudniejsze historie zwierząt, które skutecznie przypominały, że praca w lecznicy to nie tylko głaskanie magicznych stworzonek. |
|
Reasumując. Nie był to może finał, który wywołał u mnie wielkie „WOW”, ale Zrębki żegnam z sympatią. W końcu nawet jeśli czasem niewiele się działo, to i tak dobrze było tam zajrzeć.


No Comment! Be the first one.