Wilkozacy, wojna i kozacki step, czyli Rafał Dębski i Krew z krwi.
Po lekturze Wilczego prawa zostałam z kilkoma wgryzionymi w serducho postaciami, świetnym wątkiem historycznym i sporym niedosytem bitewnego pazura. Ostrzyłam więc pazurki na ciąg dalszy, licząc na to, że autor porzuci wreszcie nudnawe instrukcje obsługi wilkołaków na rzecz porządnej, bezwzględnej rzezi. Wgryzłam się w drugi odcinek Wilkozaków – Krew z krwi – bo nie pozostało mi nic innego, jak sprawdzić, czy żarna wojny ostatecznie zmielą resztki mojego czytelniczego spokoju.
Geneza Wilkozaków.
Pochylająca się nad Kozakiem kostucha łakomie spogląda również na butnego syna samego Hetmana Chmielnickiego. Śmierć niejedno ma imię, a nienawiść, którą karmi się okrucieństwo Timofieja Chmielnickiego, może go zniszczyć równie skutecznie jak wojska koronne oblegające Suczawę.
Chętnych, aby dokonywać podstępnych morderstw jest więcej. Nie ustrzeże się przed nim nawet sam Hrehory, przywódca wilczej siczy. Żarna wojny i gorzki smak zadawnionej krzywdy mogą doprowadzić do zguby nawet najsilniejszych. Przetrwają nieliczni.
Wilk, Kozak i polityczny sandał.
Sięgając po Krew z krwi, liczyłam na konkretną bitkę, a mniej instrukcji obsługi. I w sumie nie mogę narzekać.
Historia Serhija i Mariki – wadery z dwiema duszami, która nieustannie walczy z wewnętrznym zewem – robi naprawdę fajną robotę. Do tego sami Wilkozacy, z ich plemiennymi zasadami, żądzą zemsty i twardym kodeksem, to zdecydowanie najjaśniejsze punkty tej opowieści.
Dębski pisze plastycznie, XVII-wieczny klimat unosi się w powietrzu, a lekka dawka ironicznego humoru i dynamiczne przeskoki dobrze ratują sytuację, gdy zaczyna wiać nudą. Do tego wjeżdża tu świetna postać kata Jakuba, która aż się prosi o osobną książkę.
Niestety, tam gdzie jedni bohaterowie błyszczą, inni przynudzają jak zeszłoroczny śnieg. Chmielnicki, jego synalek i cała ta polityka potwornie mnie nużyły. Najbardziej jednak ucierpiało pranie się na polach bitwy.
O ile oblężenie Suczawy było ciekawym, mniej znanym smaczkiem historycznym, o tyle bitwa polsko-kozacka kompletnie poległa pod względem dynamiki. Zero napięcia i soczystej akcji – na planszy bawiliśmy się raczej w chodzonego niż porządną rąbaninę.
Reasumując. Krew z krwi to solidna kontynuacja, która trzyma poziom, ale przez polityczne spowolnienia i słabe opisy walk zostawia lekki niedosyt.


No Comment! Be the first one.