Powstanie Chmielnickiego i Wilcze prawo Rafała Dębskiego.
Rafał Dębski przyzwyczaił mnie do tego, że lubi pomerdać historię z fantastyką i nie zawsze wychodzi z tego grzeczna opowiastka. Dlatego gdy w apce Empik Go zobaczyłam Wilcze prawo, nie musiałam się długo zastanawiać. Wilkołaki, kozackie klimaty i step to zestaw, obok którego po prostu nie przechodzę obojętnie.
Prawo Wilków.
Wszyscy wiedzą na pewno tylko jedno – Wilkozacy budzą grozę w tych, którzy się z nimi zetknęli, a nawet w tych, którzy tylko o nich słyszeli.
Waleczny kozak Serhij, po utracie ukochanej oraz niedawno narodzonej córeczki, musi się zmierzyć z tą grozą pośród wojennej pożogi. Złośliwy jak zawsze los, robi wszystko, by mu to utrudnić.
Tymczasem Wilkozacy zostają uwikłani w wojnę między Rzeczpospolitą a buntownikiem Chmielnickim, co jeszcze bardziej komplikuje sprawy… Knowania, zdrady, potyczki, bitwy, obleganie miast… Wojna jest straszna, straszniejsza nawet od bezlitosnej natury Wilkozaka. Bo on bywa wprawdzie okrutny jak zwierzę, lecz nie ma przecież istoty bardziej okrutnej od człowieka. I właśnie tego aspektu „człowieczeństwa” Wilkozacy muszą się nauczyć.
Wilk czy Kozak.
Po odsłuchaniu audiobooka – a tu naprawdę należą się brawa dla Roch Siemianowski, bo zrobił kawał świetnej roboty – zostałam z dość mieszanymi uczuciami. Chyba liczyłam na trochę dojrzalsze, bardziej świeże podejście do wilkołaków, a dostałam coś w rodzaju instrukcji obsługi, którą znam już z pierdyliarda innych historii. I serio, w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, po co właściwie odgrzewamy ten sam schemat, skoro aż się prosiło o choćby odrobinę nowości.
Ale odkładając na bok całe to wilkołakowanie, które wiało momentami sandałem, to i tak najbardziej w powieści kupił mnie wątek historyczny.
Kozacy bez lukru – zmęczeni, wykorzystywani, wiecznie gdzieś na marginesie, trochę jak takie niechciane dziecko historii. I to akurat mi się podobało, bo było w tym coś niewygodnego i prawdziwego. Szkoda tylko, że ten potencjał momentami się rozmywa, bo bohaterów jest sporo, perspektywy się mnożą, a ja bym naprawdę chętnie przytuliła do serduszka jednego „głównego” i posiedziała z nim dłużej.
Kilka postaci faktycznie polubiłam, szczególnie Marikę, bo jej historia miała w sobie konkretny pazur. Ale mam też wrażenie, że brutalność momentami była dorzucana trochę na zasadzie „bo tak trzeba”, a nie zawsze wynikała naturalnie z fabuły. No i nie będę udawać – trochę uwierał mnie brak większych bitew w książce, która jednak kręci się wokół wojny.
Nie zmienia to jednak faktu, że Wilcze prawo słuchało mi się dobrze, a momentami nawet bardzo dobrze. Czuję lekki niedosyt, ale taki, który bardziej zachęca niż zniechęca – więc tak, ostrzę już pazurki na Krew z krwi i liczę, że tam będzie mniej instrukcji obsługi, a więcej bitewnego pazura.


No Comment! Be the first one.