Iona, Piers, Sanjay, Martha & Emmie czyli Ludzie z peronu 5 Clare Pooley.
Obyczajówki nie są gatunkiem, po który sięgam szczególnie często, ale czasem wystarczy dobrze napisany wstępniaczek, żebym spojrzała na książkę trochę bardziej łakomym okiem. Tak właśnie było z książką Clare Pooley Ludzie z peronu 5, która od początku zapowiadała się na historię lekką, przyjemną i opartą na bardzo prostym założeniu, że czasem wystarczy jedna przypadkowa rozmowa, żeby w czyimś życiu przydarzyło się coś zupełnie nieprzypadkowego.
Nikt nie rozmawia z nieznajomymi w pociągu.
Codziennie o 8:05 Iona Iverson wsiada do pociągu, żeby jechać do pracy. Każdego dnia widuje te same osoby i snuje na ich temat różne domysły, nadając im zabawne przezwiska. Oczywiście nigdy z nikim nie rozmawia. Aż pewnego ranka Elegancki -Seksista-z- Surbiton dławi się winogronem, a Podejrzanie-Miły-z-New-Malden ratuje mu życie. To wydarzenie wywołuje reakcję łańcuchową.
Różnorodna grupa pasażerów, których dotąd łączyły jedynie wspólne dojazdy, zaczyna odkrywać, jak bardzo ich wyobrażenia o sobie nawzajem mijają się z rzeczywistością. Okazuje się, że rozmowa z nieznajomymi może nauczyć czegoś więcej – nie tylko o innych, ale przede wszystkim o samym sobie.
Bo są niepisane zasady dojadzów do pracy.
Czytając Ludzie z peronu 5 uśmiechałam się lekko pod noskiem, bo dokładnie tak tę powieść sobie wyobrażałam i właśnie takiej puli emocji po niej oczekiwałam.
Oczywiście gdzieś z tyłu głowy pojawiła się też bardzo prosta refleksja. Człowiek może codziennie jechać obok tych samych ludzi i przez lata wiedzieć o nich tylko tyle, że ktoś zawsze zasypia przed trzecią stacją, a ktoś inny regularnie je coś, co pachnie jak decyzja podjęta o szóstej rano, bez chwili zastanowienia.
|
Absolutną gwiazdą tej historii jest dla mnie Iona. Obserwuje ona swoich współpasażerów z czułością, lekką ironią i talentem do nadawania przezwisk, którego szczerze jej zazdroszczę. Sama pewnie też mam w głowie kilka takich własnych „autobusowych postaci” – tak, mam swoją „wykupioną miejscówkę” w busie – tylko jeszcze nie dorobiłam się odwagi, żeby między jednym przystankiem a drugim komukolwiek uratować życie. Ale powieść oczywiście to nie tylko Iona. Bardzo dobrze wypada też cała reszta tej nietypowej ekipy. Piers początkowo sprawia wrażenie człowieka, który ma wszystko pod kontrolą, ale dość szybko okazuje się, że garnitur i pewność siebie nie rozwiązują wszystkiego. Sanjay to z kolei chodząca dobroć – trochę spięty, trochę zagubiony, ale z sercem większym niż cały ten wagon. |
|
Emmie polubiłam za to, że pod tym chaosem i zawodowym pogubieniem kryje się ktoś, kto po prostu próbuje nie zwariować od cudzych oczekiwań, a Martha bardzo przyjemnie przypomina, że milczenie u nastolatki zwykle oznacza znacznie więcej, niż dorosłym się wydaje.
Przyznaję jednak, że cała ta ekipa momentami i tak pozostaje trochę w cieniu wyrazistej Iony, bo to ona naturalnie skupia na sobie całą uwagę. I może właśnie dlatego najlepiej wybrzmiewa tutaj to, co w tej historii najcenniejsze – że pod lekką, ciepłą formą kryją się rzeczy całkiem poważne: samotność, lęk, presja i zwyczajna potrzeba, żeby ktoś wreszcie naprawdę zauważył drugiego człowieka.
A to wszystko podane jest bez wielkiego dramatyzmu, za to z wdziękiem, spokojem i takim rodzajem ciepła, który sprawia, że po zamknięciu książki zostaje po prostu bardzo przyjemne wrażenie.
Jeżeli macie ochotę na bardzo ciepłą historię o tym, że w życiu nigdy nie jest za późno na zmiany, to koniecznie sięgnijcie po Ludzi z peronu 5 Clare Pooley.


No Comment! Be the first one.