Biblioteka XXI wieku, czyli Stanisław Lem i publicystyka literacka.
Po książki Stanisława Lema sięgam zawsze z przyjemnością, choć dobrze wiem, że nie zawsze będzie to lekka, łatwa i przyjemna lektura. No i w końcu przyszedł też czas na publicystykę mistrza. Tak, Biblioteka XXI wieku długo czekała na swoją kolej, głównie dlatego, że z eseistyką nie jest mi po drodze. Ale skoro uparłam się przeczytać całą lemowską serię stojącą na półce, to i ten tom musiał doczekać się w końcu swoich 5 minut.
Fikcyjne recenzje i wstępy do nie istniejących książek.
Te idee raz osuwają się w groteskowy absurd – innym razem okazują się przenikliwą prognozą przyszłych stanów naszej cywilizacji. “Golem XIV” to jedna z najbardziej karkołomnych przygód intelektualnych Lema: konstruuje on na potrzeby swej książki postać superkomputera przyszłości, nieskończenie przewyższającego rozumem człowieka.
Tytułowy Golem, którego losy obserwujemy od narodzin aż do zagadkowego odejścia z ludzkiego świata, dokonuje w książce Lema nie tylko bezlitosnej krytyki człowieczeństwa, uroszczeń naszej kultury i złudzeń na temat doskonalących rzekomo mechanizmów ewolucji, ale także buduje zapierającą dech w piersiach wizję dalszego rozwoju mechanicznego Rozumu – aż poza granice naszego kosmosu i dostępnego w jego obrębie poznania.
Publicystyka literacka.
Nie jestem wielką fanką publicystyki literackiej, ale od czasu do czasu i o taką formę człowiek się potknie. A ponieważ mam tę przypadłość, że jak już coś sobie postanowię, to prędzej czy później jednak to realizuję – nawet jeśli czasem z całkiem solidnym poślizgiem – to i na ten tom w końcu przyszła pora.
|
Ale do brzegu. Po Bibliotekę XXI wieku sięgnęłam oczywiście z czystej ciekawości i nie będę ukrywać, że dostałam dokładnie to, co u Stanisława Lema lubię najbardziej. Pomysł tak przewrotny, że przez chwilę sama zastanawiałam się, czy to, co właśnie czytam, jest jeszcze recenzją, czy już bardzo elegancko podaną intelektualną prowokacją. Fikcyjne omówienia nieistniejących książek brzmią jak literacki żart, ale właśnie fajnie widać, że pod tą zabawą formą kryją się całkiem poważne rozważania o człowieku, nauce, wojnie i przyszłości. Reasumując. Krótka rzecz, a uruchomiła moje szare komórki skuteczniej niż niejedna naukowa cegła. Choć przyznaję – to nie jest lektura, którą da się połknąć bez zatrzymania, bo momentami po prostu trzeba zwolnić i oczywiście czytać wolniej, bo jak wiadomo, Lem do autorów podających cokolwiek na tacy zdecydowanie nie należy. |
|
Z kolei Golem XIV to już poziom, przy którym miałam wrażenie, że ktoś bardzo uprzejmie, ale bez cienia litości przypomina mi, jak ograniczony potrafi być ludzki umysł. Wykłady superinteligencji są gęste, wymagające i chwilami celowo chłodne, ale właśnie w tym tkwi ich siła. Czytałam je z wrażeniem, jakbym poszła na kawę z kimś, kto wie o nas zdecydowanie więcej, niż my sami chcielibyśmy przyznać.
Reasumując. Golem XIV zdecydowanie nie jest lekturą na jedno posiedzenie, a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że niekoniecznie na jeden dzień. Mój mózg do przetrawienia tej książki musiał zaprząc dodatkowe szare komórki, a potem przez chwilę wyraźnie domagał się urlopu.
Niemniej oba teksty naprawdę warto przeczytać, bo choć wymagają skupienia, to zostawiają po sobie dokładnie to, co w Lemie lubię najbardziej – myśl, która jeszcze długo nie daje spokoju.

Opisy nieistniejących książek to u Lema nie pierwszyzna. “Doskonała próżnia” i “Wielość urojona” robią mniej więcej to samo. Mistrz miał za dużo pomysłów na książki i za mało żywota, żeby je wszystkie napisać, to przynajmniej je postreszczał. Lepszy rydz itd.
To wiem, że Lem miał za dużo pomysłów, a doba jak zawsze była za krótka ;)