Eliksir miłosny, bąbelki w studni Wodnika i zwaśnione krasnoludy, czyli Justyna Sosnowska i Poszukiwanie Pana P.
Skoro Instytut Absurdu całkiem dobrze sprawdził się jako odtrutka na przeciążenie zamykaniem roku finansowego, to nie widziałam powodu, żeby nie wrócić do tego osobliwego przybytku i sprawdzić, co tym razem szykuje dla mnie druga odsłona cyklu pod tytułem Poszukiwanie Pana P. Zwłaszcza że po pierwszym tomie zostało kilka pytań, trochę chaosu i całkiem spory potencjał na kolejną porcję nie do końca kontrolowanego absurdu.
Gdy biurokracja spotyka magię, wszystko może się zdarzyć.
Razem z Jagą wyjaśnia sprawę podejrzanych perfum, z Marcelem prowadzi sprawę kryształowej kuli z przemytu, pomaga też ustalić, kto u licha zanieczyścił studnię Wodnika Miecia i urządził mu niechciane piana party.
W wirze absurdalnych wydarzeń nie zapomina jednak o najważniejszym zadaniu: musi ustalić tożsamość Pana P., który coraz odważniej pogrywa sobie z pracownikami Instytutu i wydaje się wyprzedzać ich zawsze o krok… Lub sto lat!
Rozwiązanie zagadki może kryć się w archiwum, no ale jak tu ślęczeć nad tonami dokumentów, gdy za drzwiami Instytutu czeka świat pełen przygód i absurdów?
Ach, ten tajemniczy Pan P!
Drugi tom Instytutu Absurdu. Poszukiwanie Pana P. dał mi dokładnie to, czego spodziewałam się po powrocie do tej serii. Znowu jest dziwnie, lekko i momentami tak absurdalnie, że po pewnym czasie przestałam już zadawać sobie pytania po co, dlaczego i na jakich zasadach to wszystko działa, tylko po prostu szłam za Elizą niczym przysłowiowy dzik w sosnę.
|
Eliza Żaczek coraz pewniej porusza się po Instytucie, chociaż nadal mam wrażenie, że połowę spraw ogarnia siłą rozpędu, a drugą połowę czystym przypadkiem. Tym razem znowu wpada w całą serię spraw – i jak łatwo się domyślić, każda z nich jest odpowiednio dziwna. Są więc magiczne perfumy, wodnik z problemami, krasnoludzkie konflikty i kilka sytuacji, przy których urzędowa cierpliwość naprawdę powinna być wpisana do dodatku za pracę w warunkach szkodliwych. Najbardziej lubię w tej serii to, że humor naprawdę fajnie się sprawdza. Gry słowne, dialogi i bohaterowie drugiego planu robią świetną robotę, a kiedy tylko na scenę wchodzi Garlicki (niekoniecznie cały na biało ), od razu pojawiał się u mnie uśmiech, bo wiedziałam, że za chwilę będzie dobrze. Mam jednak wrażenie, że ta część momentami trochę kręci się w miejscu, a główny wątek związany z Panem P. przez długi czas pozostaje bardziej obietnicą niż czymś naprawdę uchwytnym. |
|
Dopiero końcówka wyraźniej podkręca tempo i ciekawość – i oczywiście urywa się dokładnie tam, gdzie człowiek przestaje czytać z czystej sympatii, a zaczyna z autentycznym zainteresowaniem.
Reasumując: Instytut Absurdu. Poszukiwanie Pana P. Justyny Sosnowskiej to wciąż bardzo przyjemna urban fantasy, która nie udaje niczego więcej niż lekką, zabawną rozrywkę – i chyba właśnie dlatego tak fajnie się to czyta.
Jeśli pierwszy tom Was kupił, to tutaj nadal można liczyć na ten sam rodzaj absurdu, humoru i sympatycznego chaosu.
Polecam!


No Comment! Be the first one.