Listy Kurt Vonnegut.
Twórczość Kurt Vonnegut nigdy nie była dla mnie „czytadełkiem do poduszki” – raczej literackim kuksańcem w żebra, po którym musiałam na chwilę odpocząć i pomyśleć w ciszy. Dlatego sięgając po Listy, byłam mocno zaintrygowana. Bo jeśli to faktycznie najbardziej osobista autobiografia, jaką autor napisał mimochodem, to czeka na mnie sporo przemyśleń.
Bogaty zbiór korespondencji obejmujący całe życie słynnego pisarza.
Muszę przyznać, że czułam się odrobinę dziwnie, zabierając się za listy Kurta Vonnegutta. Ciągle gdzieś pod skórą mam takie dziecięce przekonanie, że czytanie cudzej korespondencji to jednak wchodzenie komuś z butami do bardzo prywatnego świata – i że to trochę niegrzeczne. I chyba naprawdę nie chciałabym, żeby ktoś kiedyś wyciągnął moje listy z pudełka po butach i tak sobie po prostu je przeczytał.
| Z takim lekkim poczuciem wstydu zaczęłam lekturę… i absolutnie nie żałuję.
Bo Listy to dla mnie chyba najuczciwsza forma poznawania drugiego człowieka. Bez pudrowania, bez literackiej pozy, bez tej całej kontrolowanej narracji, którą jednak buduje się w najczęściej wywiadach. A czego ja się dowiedziałam o autorze Syren z Tytana? Tego, że był nie tylko błyskotliwy i złośliwie zabawny, ale też kruchy. Że potrafił być zagubiony, zmęczony, rozczarowany. Że za ironią i czarnym humorem stał człowiek, który naprawdę sporo przeszedł. Widziałam jego oczami Drezno, wojnę, problemy finansowe, rozwód, depresję. Zatrzymywałam się przy listach do dzieci – momentami tak szczerych, że aż niewygodnych. Uśmiechałam się przy kąśliwych, „pięknie” ironicznych odpowiedziach do tych, którzy próbowali banować Rzeźnię numer pięć. I miałam wrażenie, że między jednym a drugim akapitem widzę go bardziej niż w niejednej powieści. |
|
Przekonałam się też, że nie wszystko w jego życiu było literackim złotem. Bywało zwyczajnie, zawodowo, czasem wręcz przyziemnie. No jak to w życiu.
Podsumowując. Listy Kurta Vonneguta to dla mnie nie pomnik, tylko bardzo ludzkie przypomnienie, że za nazwiskiem stoi człowiek z krwi i kości. Człowiek, którego życie momentami nie rozpieszczało, ale któremu nie udało się odebrać poczucia humoru.
I właśnie za tę mieszankę czułości, cynizmu i odwagi ja go tutaj naprawdę polubiłam.


Swego czasu wspominałem w paru miejscach, ale: za biografiami średnio przepadam, ale to listów mam jakąś słabość. A że Vonneguta uwielbiam (i nawet magisterkę poświęciłem dwóm jego powieściom), to zdecydowanie chcę sięgnąć.
Ja też ogólnie biografii nie czytam. W sumie chyba tylko sięgnęłam po tę Tolkiena, w jakimś takim odruchu i z podszeptem – pewnie będzie tam jakiś smaczek o Śródziemiu. Ale nie przepadam i muszę przyznać, że biografie mnie nudzą. ;)