Listy J.R.R. Tolkien.
Twórczość J.R.R. Tolkien to dla mnie magiczne miejsce, do którego wracam bez zapowiedzi i zawsze czuję się jak w domu. Władca Pierścieni znam i kocham miłością szczerą, więc sięgając po Listy, miałam poczucie, że podchodzę jeszcze bliżej samego źródła Śródziemia. Ciekawiło mnie, ile tej magii, precyzji i uporu w budowaniu świata autor przemycał mimochodem w prywatnej korespondencji.
Władca Pióra.
Jak zaglądacie na bloga i mieliście okazję zerknąć na notkę o Listach Kurta Vonnegutta, to wiecie, że ja się jednak troszeczkę wstydzę, kiedy sięgam po cudzą korespondencję. Mam zainstalowany jakiś program, który wciąż w podświadomości powtarza mi, że prywatna korespondencja, jak sama nazwa wskazuje, jest prywatna i nic mi do tego.
A z drugiej strony… tak jak w przypadku Vonnegutta, tak i przy J.R.R. Tolkien nie potrafiłam się oprzeć. Bardzo chciałam podejrzeć, jak autor „sprzedawał” smaczki ze Śródziemia w prywatnych listach. No i – nie będę udawać – chciałam zobaczyć, jakim był człowiekiem poza legendą.
|
I muszę przyznać, że te ponad 150 nowych listów powiedziało mi o Tolkienie więcej niż niejedna biografia. Najbardziej wciągnęły mnie kulisy powstawania Władcy Pierścieni. Te wyjaśnienia, co miał na myśli, czego nie miał i dlaczego niektóre interpretacje potrafiły go zirytować. Z uwielbieniem czytałam, jak stanowczy był Tolkien. Mimo pisania o elfach, czy innych krasnoludach nie był oderwanym od rzeczywistości marzycielem. Był konkretny, uparty, bardzo świadomy tego, co robi. Precyzyjny do bólu. A jednocześnie potrafił w jednym akapicie przejść od teologicznych rozważań do zamarzniętej rury na strychu i zrobić to z humorem. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie listy do syna, pisane w czasie wojny. Widać w nich troskę, czułość i próbę podtrzymania go na duchu mimo trudnych okoliczności. To nie są tylko suche informacje – to słowa ojca, który martwi się o dziecko i stara się być obecny, choć dzieli ich odległość i wojenne realia. Takie fragmenty pokazują Tolkiena z bardzo ludzkiej strony.
|
|
Oczywiście Listy nie są książką na jeden wieczór. Bywają fragmentaryczne, momentami techniczne, czasem akademickie. Ale właśnie ta mozaikowość sprawia, że są autentyczne. Nie dostaję tu gładkiej biografii, tylko urywki życia – zachwytów, irytacji, drobnych spraw i wielkich pytań. Widzę pisarza, ojca, profesora. Człowieka zmęczonego, rozbawionego, czasem zirytowanego, ale też niezwykle czułego.
I właśnie dzięki temu ta lektura była dla mnie wartościowa, bo dała mi możliwość by spojrzeć na tego wielkiego autora inaczej, pozwoliła zdjąć z niego pelerynę legendy i zobaczyć zwyczajność. A musicie wiedzieć, że ta zwyczajność nie odbiera mu wielkości. Wręcz przeciwnie, nadaje jej głębi i autentyczności. Gdyż nawet ktoś tak wybitny zmagał się z codziennymi troskami, obowiązkami i niepewnością. To przypomnienie, że wielkie dzieła nie rodzą się w oderwaniu od życia.
Jeśli lubicie twórczość Tolkiena, warto sięgnąć po Listy. To ciekawa podróż w kulisy myśli autora, bez obowiązku, za to z możliwością zobaczenia go z innej strony.
P.S. Ogromne brawa za pracę redakcyjną Humphreya Carpentera, wspieranego przez Christophera Tolkiena. Przypisy i komentarze porządkują kontekst historyczny i literacki, ale nie zagłuszają głosu autora. Dzięki temu Listy nie są suchym dokumentem ani akademickim dodatkiem, tylko żywym zapisem myśli i emocji. A ja takie literackie podglądanie – nawet jeśli wciąż odrobinę mnie zawstydza – naprawdę bardzo cenię.

No Comment! Be the first one.