Ted roli Welesówny, czyli Mika Modrzyńska i Sekrety nieumarłych.
Po pierwszym spotkaniu z Ted nie byłam jakoś specjalnie zachwycona, ale też nie skreśliłam tej historii z miejsca. Skoro jednak wieść gminna niesie, że w drugim tomie robi się lepiej, to z ciekawości sprawdziłam, jak młoda Welesówna poradziła sobie w Sekretach nieumarłych.
Lucynka.
Tosia czuje się coraz lepiej w roli Welesówny. Może sama jej sobie nie wybrała i czasem wolałaby być ślepa i głucha na prośby istot, które dla większości ludzi istnieją tylko w sferze wyobraźni, ale trzeba przyznać, że radzi sobie z nimi nieźle. Mniej pięści, więcej słuchania – kto by pomyślał, że to będzie przepis na sukces! Nastolatka wolałaby jednak, żeby Witek trochę bardziej zaangażował się w swoją część zadań – w końcu ona ma na głowie szkołę, maturę, nowego kolegę z klasy, który desperacko potrzebuje jej opieki i pracę w salonie kosmetycznym, który stanowi niewyczerpane źródło plote… Informacji o wszystkim, co w Brzózce ważne.
Witek tymczasem unika kontaktu z Ted i jest jakiś taki skryty. Nie pomagają prośby, groźby ani sprowadzenie na Mazury jego dawnej ukochanej – chłopak się zepsuł, a Tosia musi odkryć jego sekrety, najlepiej zanim dzieci Welesa zaczną się buntować. Lucynka jednak okazuje się dodatkowym ciężarem, Strzygomir zachowuje się tajemniczo, a do tego ktoś porwał rusałki z jeziora! Jak w takich warunkach można być zwykłą licealistką?!
Więcej demonów.
Podobnie jak przy pierwszym tomie Welesówny, tak i sięgając po drugi nie miałam wobec niego szczególnie wygórowanych oczekiwań. I być może właśnie dlatego czytało mi się go szybko, momentami nawet z przyjemnością. Ale im dalej zapuszczałam się w mazurskie lasy i zaświaty, tym częściej łapałam się na tym, że ta historia zaczyna kręcić się w kółko.
|
Teoretycznie fabuła jest ciekawsza niż w pierwszym tomie. Jest więcej demonów, większe zagrożenie i więcej „poważnych” decyzji do podjęcia. Problem w tym, że główna bohaterka jakby nie ruszyła z miejsca razem z fabułą. Z każdą kolejną stroną Ted sprawiała na mnie wrażenie coraz bardziej infantylnej. Jej reakcje bywają dziecinne, decyzje impulsywne, a refleksja przychodzi – jeśli w ogóle – długo po fakcie. Czytanie, że jest dojrzała, by po chwili obserwować, jak kompletnie nie ogarnia konsekwencji własnych działań, było zwyczajnie męczące. Do tego trudno mi było brać na serio jej welesową rolę, skoro sama nie bardzo wie, czy chce być odpowiedzialna, czy tylko marudzić i pyskować na wszystko, co się rusza. Relacja z Welesem również mnie nie przekonała. Niby mamy boga, ale gdy już raczy pojawić się na scenie, zachowuje się równie dziecinnie jak główna bohaterka. Potencjał tej relacji był spory, a został – w moim odczuciu – kompletnie niewykorzystany. Na szczęście książkę ratują bohaterowie drugoplanowi. Lucynka, Maurycy i reszta ekipy wnoszą humor i energię, której Ted momentami zwyczajnie brakuje. I tu dochodzę do postaci, która teoretycznie też miała grać w tej serii pierwsze skrzypce – Witka. Niestety dla mnie jest on zaledwie cieniem. Ginie gdzieś w tle, momentami bardziej niż Maurycy, co sprawia, że trudno mi go w ogóle sensownie ocenić jako bohatera. |
|
Reasumując: Sekrety nieumarłych Miki Modrzyńskiej to lekka, szybko czytająca się młodzieżówka, która niestety nie dostarczyła mi większych emocji ani zachwytów. Po prostu jest – i ma swoje demony.


No Comment! Be the first one.