Ser Duncan Wysoki i Jajo, czyli George R.R. Martin i Rycerz Siedmiu Królestw.
Honor.
Dunk, wierny ideałom rycerskiego honoru, wikła się w spór między ser Eustace’em Osgreyem a nieustępliwą lady Webber z Zimnej Fosy, a później dociera na wystawny ślub w Białych Murach, gdzie przywdziewa zbroję tajemniczego Szubienicznego Rycerza. Nie przeczuwa jednak, że za turniejowym blaskiem kryje się spisek, który może zakończyć się rozlewem krwi…
Przygodowo, bez epickiego zadęcia.
Nie miałam do tej pory okazji sięgnąć po Rycerza Siedmiu Królestw George’a R.R. Martina i, zabierając się za lekturę, spodziewałam się czegoś bliższego intrygom rodem z Gry o tron. Dostałam jednak historię zupełnie inną – i muszę przyznać, że byłam z tego faktu wyjątkowo zadowolona.
Zamiast wielkich spisków, smoków i polityki rozpisanej na setki stron trafiłam na opowieść mniejszą, spokojniejszą i zdecydowanie bliższą sercu.
Akcja cofnęła mnie o niemal sto lat przed wydarzenia znane z Gry o tron i pozwoliła spojrzeć na Westeros z perspektywy wędrownego rycerza. Chłopaka bez wielkiego nazwiska, bez planów na podbój świata, za to z prostym – momentami aż boleśnie szczerym – kodeksem moralnym.
Ser Duncan Wysoki (albo, jak kto woli, Duncan z Zapchlonego Tyłka ) jest rozbrajająco uczciwy, chwilami naiwny, ale właśnie dlatego tak łatwo przyszło mi mu kibicować. Jego giermek Jajo (znany też szerokiej publiczności, jako Aegon V Targaryen) stanowi jego idealną, pyskatą przeciwwagę: bystry, ironiczny i zdecydowanie zbyt świadomy jak na swój wiek. Ich relacja to serce tej książki – pełna drobnych spięć, humoru i cichego, nienachalnego zaufania.
Fabuła nie jest przesadnie rozbudowana – skupia się na turniejach, lokalnych sporach, małych ambicjach i jeszcze mniejszych zdradach. Dzięki temu mogłam spojrzeć na Westeros z poziomu zwykłych ludzi, a nie z perspektywy Żelaznego Tronu. Są tu rycerskie ideały zderzające się z rzeczywistością, ironia losu i zaskakująco dużo ciepła – czego w głównej sadze raczej się nie uświadczy.
Reasumując: Rycerz Siedmiu Królestw to przygodowa opowieść bez epickiego zadęcia – momentami wzruszająca, często zabawna i zaskakująco lekka. Czytałam ją z autentyczną przyjemnością i bez poczucia, że co kilka stron muszę odtwarzać drzewo genealogiczne. To Westeros bez fajerwerków, ale z duszą. I dokładnie za to je pokochałam.
Polecam nie tylko fanom Pieśni Lodu i Ognia!

No Comment! Be the first one.