Geralt i jego kompania, czyli Andrzej Sapkowski i Chrzest ognia.
W Czasie pogardy zabawa mocno się rozkręciła, więc poszłam za ciosem i w ramach mojego małego rereadu postanowiłam przypomnieć sobie, jak to Geralt przestał być tylko milczącym obserwatorem chaosu i ruszył w drogę z całkiem osobliwą ekipą. Czyli po prostu znowu przytuliłam do serduszka Chrzest ognia Andrzeja Sapkowskiego.
Tropem Ciri.
Tymczasem Nilfgaard zrywa rozejm z Temerią. Maszerujące wojska skutecznie utrudniają wędrówkę wiedźmina, który wraz z towarzyszami zmuszony zostaje do zmiany trasy. Wojna ma także inne, daleko idące konsekwencje. Może doprowadzić do sojuszu czarodziejek, które nie zamierzają biernie przyglądać się wszystkim wydarzeniom.
Wśród nich znajdzie się Yennefer z Vengerbergu – ukochana Geralta oraz przyszywana matka Ciri. Nastał trudny czas dla Geralta z Rivii, który być może po raz kolejny będzie musiał zapomnieć o swojej neutralności i opowiedzieć się po jednej ze stron.
Przed wyruszeniem w drogę…
Odkładając na półkę Czas pogardy, czułam już wyraźnie, że czas żarcików i milusich dyskusji bez konsekwencji właśnie się kończy. Wiedziałam, że dalej będzie ciężej. A jednak to właśnie Chrzest ognia kupił mnie najmocniej (i to nie tylko podczas tego mojego rereadu).
| Może dlatego, że zamiast fajerwerków, pudrowania rzeczywistości, przyklejonych na siłę uśmiechów i spektakularnych zwrotów akcji dostałam drogę. Brudną, niewygodną, pełną błota, zmęczenia i rozmów przy ognisku. Dostałam ludzi, którzy zupełnym przypadkiem zaczynają być dla siebie kimś więcej niż tylko towarzyszami niedoli.
To właśnie w tym odcinku poczułam, że Geralt przestaje być tym mruczkiem-jedynakiem, a staje się częścią jakiejś grupy. To tu też Jaskier, jak zwykle za dużo mówi, ale tym razem o dziwo często z sensem . To w tym odcinku Milva imponuje mi rozsądkiem i twardym stąpaniem po ziemi, a Cahir budzi moją podejrzliwość niemal w każdej scenie. No a Regis… Humanitarny wampir kradnie każdą scenę z taką elegancją, że wybaczam mu nawet przydługie moralne wykłady. I mimo tego, że Ciri i Loża schodzą tu na dalszy plan, ja nie mam z tym problemu. Gdyż tu najważniejsze są dla mnie rozmowy. O wojnie. O przeznaczeniu. O przyjaźni. O tym, że świat płonie, a ja, jak każdy chcę wierzyć, że ktoś jeszcze próbuje zachować przyzwoitość. Nie będę ukrywać, ale uwielbiam, jak Sapkowski balansuje między ironią a czymś bardzo serio. Śmieję się pod nosem z tych wszystkich heheszków, by za chwilę poczuć, że pod tym cynizmem kryje się coś bardzo gorzkiego. I właśnie ta mieszanka trafia we mnie najmocniej. |
|
Podsumowując. Chrzest ognia to tom mniej efektowny, ale wyraźnie dojrzalszy. Ociekający cynizmem, śmiechem i bólem. Czuć w nim świetny balans między intrygą, emocjami i humorem.
I naprawdę polecam go nie tylko fanom osławionego Wieśka, ale każdemu, kto lubi fantasy, w którym droga czasem bywa ważniejsza niż cel


No Comment! Be the first one.