Mroczna historia obyczajowa i Wyrzuciła ją rzeka Anny Musiałowicz.
Gdy rzeka wzywa.
Nad brzegiem rzeki, nieopodal lasu – daleko od ludzkich spojrzeń – mieszka stara Grzelakowa. Do szczęścia potrzebny jej jest tylko dach nad głową i święty spokój. Gdy na jej drodze staje pewien niepozorny chłopiec, a dziwne sny przywołują wspomnienia przeszłych żyć, podskórnie czuje, że coś się zmieni… i to niekoniecznie na lepsze.
Nic moc.
Muszę przyznać, że mam mieszane i to nie lekko uczucia, co do tej książki.
|
Z jednej strony wciągnęłam się w historię. Jest zaginięcie dziecka, jest rozsypująca się psychika matki, jest tajemnica i ciężki, duszny klimat, który potrafi przycisnąć. Autorka bardzo sprawnie operuje emocjami — szczególnie tymi związanymi z macierzyństwem i dziecięcym lękiem. Momentami naprawdę czułam niepokój, który powinien towarzyszyć takiej opowieści — ten cichy, lepki strach, który nie krzyczy, tylko siedzi gdzieś pod skórą. Z drugiej strony… to miała być książka ze słowiańskimi motywami pełną gębą. Seria obiecywała topielice, mary i stare wierzenia, a ja dostałam raczej kryminał, do którego mitologia została dorzucona na ostatniej prostej. Jakby w połowie pisania ktoś przypomniał autorce, że to jednak Słowiańskie Światy, a nie tylko mroczna historia obyczajowa. I o ile tę ociupinę słowiańskości jeszcze byłabym w stanie przełknąć, to bohaterowie niestety nie stanęli na wysokości zadania. Są bardzo nierówni, a ich decyzje wielokrotnie wywoływały u mnie przewracanie oczami albo głębokie, ciężkie westchnięcie. Tempo też nie pomaga – szczególnie w momentach, gdy akcja w samym środku po prostu siada i długo nie chce się podnieść. Reasumując: Wyrzuciła ją rzeka Anny Musiałowicz to nie jest zła książka. To po prostu książka przeciętna. Jeśli ktoś szuka mrocznej historii obyczajowo-kryminalnej z delikatnym echem folkloru, może być zadowolony. Ja zostałam gdzieś pośrodku, z poczuciem sporego niedosytu i uporczywą myślą: „mogło być odważniej”. |
|


No Comment! Be the first one.