Ciri, Yennefer i Geralt, czyli Andrzej Sapkowski i Krew elfów.
Po Mieczu przeznaczenia jeszcze bardziej zatęskniłam za światem Wiedźmina i gdy tylko mój napięty harmonogram na to pozwolił, sięgnęłam po Krew elfów, czyli moment, w którym wszystko zaczyna się naprawdę splatać: przeznaczenie, polityka, magia i… Ciri.
Dziecko-niespodzianka.
Autor powoli wprowadza czytelnika w nowy świat, kreuje i daje poznać otaczającą bohaterów rzeczywistość. Fabuła książki rozgrywa się w świecie określanym przez samego autora jako quasi-średniowiecze. Mamy więc tu nie tylko zwykłych ludzi, ale też mutantów, krasnoludów i elfów.
Cintra płonie.
Za każdym razem, gdy wracam do Krwi elfów, mam wrażenie, że widzę ten sam świat, ale z trochę innej perspektywy – spokojniejszej, bardziej świadomej i nastawionej na to, co Sapkowski robi tu najlepiej: ludzi, ich relacje i drobiazgi, które trzymają tę historię w ryzach.
|
W tej części autor wyraźnie zwalnia tempo, jakby chciał powiedzieć – spokojnie, potwory nam nie uciekną, a polityka też nie zając, nie ucieknie. Dzięki temu, całodobowe machanie mieczykiem przez Geralta zostało chwilowo zamrożone, a możemy cieszyć się obserwowaniem, jak ten bierze się za iście tytaniczne zadanie. Próbuje – wraz z kumplami po fachu, Vesemirem, Lambertem i resztą ekipy – wychować Ciri, która ma w sobie więcej temperamentu niż cały Kaer Morhen. I trzeba przyznać, że ich wysiłki dostarczają więcej emocji niż walka z najgorszym potworem. ;) Ale tak naprawdę cała zabawa – a może raczej festiwal charakterków – zaczyna się, gdy do naszej panienki dołącza Yennefer. Ich relacja „mentorka–podopieczna” to złoto. Ostra jak brzytwa, czuła jak ukradkowy uśmiech i pełna emocji, o których nikt tu głośno nie powie. |
|
I właśnie za to lubię tę część. Nie za pościgi ani za miecze, tylko za to, jak autor pozwala zajrzeć pod warstwę magii i przeznaczenia. Jak doprawia wszystko celnym humorem, dialogami, które rozwalają system, i bohaterami, którzy potrafią całymi sobą skraść show i serce.


No Comment! Be the first one.