Wiatr i Prawda, czyli Brandon Sanderson funduje czytelnikom kolejny emocjonalny rollecoster.
Po emocjach, jakie zafundował mi Rytm wojny, wiedziałam, że zabawa w ABŚ dopiero się rozkręca. Tym razem jednak – o dziwo – postanowiłam się nie rzucać na nowy tom od razu po premierze. Zamiast tego poczekałam na spokojniejszy moment, aż kurz opadnie, a hype nieco ucichnie. I dopiero wtedy, w sam środek jesiennej pluchy, zanurzyłam się w Wiatr i prawdę.
Dalinar.
Na całym świecie trwają walki – Adolin walczy w Azirze, Sigzil i Venli na Strzaskanych Równinach, a Jasnah w Thaylenah. Były skrytobójca Szeth musi zaś oczyścić swoją ojczyznę, Shinovar, z mrocznych wpływów jednego z Niestworzonych. Towarzyszy mu Kaladin, którego czeka nowe wyzwanie – pomóc Szethowi pokonać własne demony…
Prawie 1550 stron!
Kończąc Wiatr i prawdę, zastanawiałam się, czy właśnie przeżyłam kolejne literackie objawienie, czy po prostu jestem emocjonalnie wykończona po 1550 stronach duchowych rozmów, boskich pojedynków i terapii grupowej dla herosów. Nie da się ukryć – Sanderson zamknął pierwszą połowę ABŚ z przytupem. Choć przyznam, że po kolejnym tłumaczeniu działania przysłowiowego koła trochę mi się ulewało, to nie mogę odmówić mu jednego – w fantasy wciąż potrafi robić rzeczy, których nie robi prawie nikt.
Wyświetl ten post na Instagramie
Zanim jednak popłynę dalej – musicie wiedzieć, że Wiatr i prawda to nie jest lekka lektura. To raczej maraton z plecakiem pełnym emocji. Sanderson eksperymentuje z formą, dzieli narrację na dziesięć dni i prowadzi nas krok po kroku ku ostatecznej burzy. I, o dziwo, to działa. Nawet jeśli po drodze każe nam uczestniczyć w kilku seansach terapeutycznych i filozoficznych debatach o sensie istnienia. Za to końcówka? Czysta adrenalina – bitwy, poświęcenia, objawienia. W skrócie: Sanderson w najlepszej formie.
Bohaterowie też trzymają poziom. Dalinar wreszcie błyszczy, bo autor dał mu należne miejsce w centrum wydarzeń. Kaladin – jak zwykle – cierpi, bo ktoś musi. Shallan nadal lawiruje między swoimi wersjami, a Szeth… cóż, kto by pomyślał, że ten człowiek jeszcze się rozwinie. I to tak spektakularnie.
Nie da się jednak ukryć, że Sanderson ma tendencję do przeceniania swoich czytelników. Momentami wygląda to tak, jakby zakładał, że każdy z nas ma doktorat z jego uniwersum. Ilość zasad, bytów, przeszłości i metafizycznych niuansów sprawia, że chwilami czułam się, jakbym czytała podręcznik z filozofii stosowanej dla bogów. I o ile cenię sobie głębię świata, to czasem naprawdę wystarczyłby cień zamiast całej mitologii.
Ale mimo tych potknięć i momentalnego przesytu, mogę napisać, że Wiatr i prawda robi dobrą robotę. Bo to mocna, emocjonalna i dojrzała część cyklu, która pokazuje, że nawet w świecie magii najtrudniejsze walki to te, które toczymy ze sobą. Nie najlepszy tom, ale godne zamknięcie pierwszej połowy serii.
Polecam!

No Comment! Be the first one.