Kapitan Jamróz, czyli sprawdzam, co słychać u chłopaków z Pierwszego Samodzielnego Batalionu Rozpoznawczego Marcina Ciszewskiego.
Po emocjach, jakie zafundował mi www.1944.waw.pl, nie mogłam odpuścić kolejnego tomu cyklu Marcina Ciszewskiego. Zwłaszcza że historia Pierwszego Samodzielnego Batalionu Rozpoznawczego wciąż ma sporo do opowiedzenia (choć Jerzy Grabicki już się odmeldował ;)). Tym razem jednak pałeczkę – i dowodzenie – przejmuje Kapitan Jamróz. A że z nim nigdy nie jest spokojnie, to wiadomo jedno: czas znów ruszyć na front
Powstanie.
Zwyciężyliśmy Niemców w bitwie o Okęcie. Być może wygramy Powstanie Warszawskie. Ale czy Polska będzie dzięki temu bezpieczna, czy poza Warszawą będzie wolna? Jak pokonać Sowietów, jak zmienić ponure powojenne losy Polski?
Mimo posiadanego sprzętu i świetnemu wyszkoleniu liczy się coś zupełnie innego. Bo to w patriotyzmie, wiedzy i poczuciu obowiązku kryje się siła by zmieniać świat.
Czerwona machina.
Po raz kolejny muszę przyznać, że nie sądziłam, iż da się tak sprytnie pożenić historię alternatywną z sensacją, a jednak – Marcin Ciszewski znów to zrobił. I to w dodatku w swoim stylu: dynamicznie, z wyczuciem napięcia i obowiązkową porcją wybuchów.
Od pierwszych stron autor nie daje czytelnikowi (ani słuchaczowi!) chwili wytchnienia. Wrzuca nas prosto w powojenną zawieruchę, w której Polacy – owszem, wygrali Powstanie Warszawskie – ale wciąż muszą kombinować, jak nie dać się rozjechać czerwonej machinie. I jak to bywa w tej serii (i w życiu ;)), kombinować będą z rozmachem.
I w tym momencie cały na biało (tfu, cały w moro) wchodzi kapitan Jamróz – żołnierz z przyszłości, który zamiast bawić się w superbohatera, znającego technologię i historię, próbuje po prostu ogarnąć rzeczywistość, w której każdy ruch może zmienić bieg historii. I robi to z godną podziwu klasą (oraz z nerwami ze stali).
Jeśli chodzi o akcję – ta pędzi jak transporter po zamarzniętej Wiśle: raz w stronę szpiegowskiego thrillera, raz ku politycznemu pokerowi, gdzie każdy blef może kosztować życie. Są wybuchy, strzały, tajne misje, radiowe meldunki i spora dawka żołnierskiego humoru, który – jak zwykle – ratuje sytuację, gdy wszystko inne zawodzi.
Ale te wszystkie efektywne bum-bum i fabularne zawirowania bledną przy tym, co w tej serii lubię najbardziej – że Ciszewski nie zatrzymuje się na efektownych pościgach i militarnych smaczkach. Pod tą „strzelanką z wehikułem czasu” kryje się historia o lojalności, odpowiedzialności i o tym, że nawet najbardziej zaawansowana broń nie wygra z ludzką głupotą.
Tak, Ciszewski znów udowadnia, że historia – nawet ta wymyślona – potrafi boleć, wciągać i dawać do myślenia.
Jeśli lubicie alternatywne wersje II wojny światowej, w których akcja nie zwalnia nawet na moment, to tę książkę koniecznie przeczytajcie (albo jeszcze lepiej – posłuchajcie, bo Przemysław Bluszcz robi to dobrze :D).


No Comment! Be the first one.