Pokój na Ziemi, czyli ostatnia wielka przygoda Ijona Tichego Stanisława Lema.
Po wcześniejszych spotkaniach z Lemem – od filozoficznej podróży na Eden, przez zderzenia z betryzowanym społeczeństwem i paranoje „wanny” – przyszedł czas na Pokój na Ziemi. Tym razem autor zabiera mnie nie w odległe galaktyki, lecz na Księżyc i… do wnętrza ludzkiego (i nieludzkiego) absurdu. Z zaciekawieniem sięgam (po raz kolejny) po tę antywojenną satyrę, by sprawdzić, jak Lem poradził sobie z tematem rozbrojenia, które – jak to u niego – okazuje się równie niepokojące, co groteskowe.
LEM – Lunar Excursion Module.
Lęk przed tymi, co się na Księżycu z tych arsenałów urodziło, popycha jednak organizacje międzynarodowe do wysłania na Księżyc Ijona Tichego w supertajnej misji, aby dowiedział się, co na bezludnym globie zaszło.
Bohaterowi zdarza się tam osobliwy przypadek: rozcięcie wielkiego spoidła łączącego półkule mózgowe, co sprawa, że staje się psychicznie rozdwojony sam dla siebie i dla otoczenia intrygującą zagadką, a zarazem nosicielem tajemnicy, której nie jest świadom, ale na którą dybią wszystkie ziemskie wywiady.
Na pół etatu z mózgiem na pół gwizdka.
Nie wiem, co Lem zażywał, gdy wymyślał Ijona Tichego z połową mózgu wyłączoną „na czas pokoju”, ale chętnie stanęłabym w kolejce po receptę.
Pokój na Ziemi to przykład na to, że science fiction nie musi być ani śmiertelnie poważne, ani totalnie odklejone od rzeczywistości. Lem serwuje tu swoją specjalność: futurologię okraszoną jadowitym humorem i absurdami, które tylko pozornie wydają się śmieszne – bo w gruncie rzeczy trafiają niepokojąco blisko prawdy.
Dlatego na pokładzie LEM-a znajdziemy sztuczną inteligencję, która się lekko rozbrykała, Księżyc pocięty na strefy militarne i Tichego, który – jak zwykle – ląduje w środku całego tego bajzlu w najmniej odpowiednim momencie. Do tego dorzućmy garść filozoficznych pytań, trochę językowych wygibasów i humor, który potrafi rozbroić, zanim zdążymy się zorientować, że obok śmiechu czai się całkiem poważna refleksja.
Oczywiście, książka nie jest zupełnie bez zgrzytów – miejscami chaotyczna, miejscami staroświecka, a niektórzy bohaterowie gadają jak z kroniki filmowej z lat 80. Ale to nadal Lem z jego błyskotliwością, humorem i ciętą ironią.
Reasumując. Pokój na Ziemi, to dla mnie to był powrót do Lema, w którego zaczytywałam się jako nastolatka. Może nieco przeterminowany, ale z drugiej strony wciąż świeży jak dobrze zakonserwowana ironia.
Polecam wszystkim, którzy lubią, gdy książka daje do myślenia, a przy okazji kopie lekko w intelektualne kostki.


Ech, muszę w końcu nadrobić te zaległe Lemy…
A wiesz, które Lem-y masz zaległe ;)