Centurie, szpilki i Mroczne drogi Adama Przechrzty.
Skoro Antykwariat pod Salamandrą mnie zaintrygował, a Głęboki Świat pokazał pazur, to nie było innej opcji – z przyjemnością ruszyłam dalej Mrocznymi drogami Adama Przechrzty. Liczyłam, że Januszek nieco okrzepnie, magicznie się rozwinie i wreszcie pokaże, że stać go na coś więcej niż dobre piwo i nieustające zdziwienie. ;)
Nóż i kula zabijają równie skutecznie, co magia.
Nadchodzi wojna tak wielka, że echa bitewnych okrzyków dotrą nawet do uszu Bogów.
Nie da się nudzić. ;)
Moja pierwsza myśl po odłożeniu Mrocznych dróg? Przy tej książce nie da się nudzić. A zaraz potem: „czy ja tego już gdzieś nie czytałam?”
Jeśli znacie cykle Materia Prima i Materia Secunda, pewne schematy mogą wydać się znajome. Widać, że autor trzyma się swoich ulubionych motywów – i nie zamierza z nich rezygnować.
Główny bohater, Janusz – antykwariusz z dodatkowymi zdolnościami magicznymi – to taki swojski Bond. Tyle że zamiast martini ma zaklęcia, a garnitur zastępuje mu cynizm i sieć, czasem mocno szemranych, kontaktów.
Świat, a raczej światy, po których się porusza, to mieszanka starożytności, magii i brutalnej współczesności. Momentami wszystko to jest tak gęsto upchane, że miałam ochotę rozrysować sobie mapkę, żeby ogarnąć, kto jest kim i dlaczego rzuca w kogoś kulą ognia.
Dialogi wypadają naturalnie – trochę jak rozmowy przy piwie: z humorem, ironią i odrobiną szczerości. Choć sam Janusz chwilami mi się rozjeżdża – raz zimny i wyrachowany, innym razem emocjonalny romantyk. Brakuje mu może jednej, wyraźnej twarzy.
Mimo wszystko książkę czyta się świetnie. Adam Przechrzta ma lekkie pióro i tę „magię”, która przyciąga do opowieści i – chcąc nie chcąc – każe kibicować Januszowi. Mroczne drogi to taki magiczny rollercoaster pełen politycznych gierek, ukrytych wpływów i szemranych interesów, który pokazuje, że nawet z pozoru proste zlecenie potrafi skończyć się małą (albo całkiem konkretną) apokalipsą.


No Comment! Be the first one.