Drogi przez morze, czyli piętnaste spotkanie ze Światami Pilipiuka.
Czasy, które nadejdą Andrzeja Pilipiuka przywróciły spotkania z doktorem Skórzewskim i Robercikiem Stormemna właściwe tory – bez zbędnych udziwnień i z wyczuwalnym powiewem klasycznego Pilipiuka. ;) Dlatego z przyjemnością sięgnęłam po piętnastą odsłonę Światów Pilipiuka pod tytułem Drogi przez morze.
Trzy opowiadania.
Tradycyjnie nie będę streszczać wszystkich pięciu opowiadań zawartych w piętnastej osłonie cyklu Światy Pilipiuka, ale pozwolę sobie przytoczyć poniżej ich tytuły.
- Król gór;
- Czarny jatagan;
- Drogi przez morze.
Robercik poszukuje doktora Skórzewskiego.
Po całkiem przyzwoitej czternastej odsłonie, znów przyszło mi określić ten zbiorek jako „ten średni z tych gorszych”. Choć tym razem na „pokład” trafiły tylko trzy opowiadania.
Skupię się na tym ostatnim – tytułowym – bo zapowiadało się naprawdę nieźle. Zwłaszcza gdy wyłapałam znajome nazwisko doktora Skórzewskiego. Ucieszyłam się, bo już oczami wyobraźni widziałam ciekawe połączenie wątków dwóch moich ulubionych bohaterów.
Nastrój zaczęła psuć pandemia, ale gawędziarski styl Pilipiuka i historyczne smaczki – podane na lekko – długo trzymały mnie na powierzchni.
I kiedy już fajnie „płynęłam” przez to morze, zaczęłam się topić w braku akcji i przegadanych rozliczeniach z rzeczywistością. Dialogi Robercika z Arkiem, które cały czas kręcą się w jednym zamkniętym pokoju, w końcu zaczęły nużyć. Sam pomysł i wyprawa do Wenecji – ciekawy. Realizacja? Zabrakło pazura.
A zakończenie… powiedzmy, że było. I tyle.
Tym „optymistycznym” akcentem kończę swoją Drogę przez morze z Robercikiem i doktorem Stormem. Jednocześnie wciąż liczę na to, że obaj Panowie powrócą w pełnej chwale w kolejnym odcinku. ;)


No Comment! Be the first one.