Zaginione dzieci w Lunde nad Nestrą i Dzieciołap Agnieszki Miela.
Agnieszkę Miela – znaną miłośniczkę literackich horrorów – poznałam dzięki wyśmienitej trylogii Dzieci Starych Bogów. Więc kiedy w jej portfolio pojawiła się kolejna książka, ucieszyłam się jak rasowy czytelniczy sęp na widok świeżego mięska na półce. Liczyłam, że poziom będzie co najmniej tak dobry, jak w trylogii. A najlepiej – jeszcze lepszy. W końcu apetyt rośnie w miarę czytania.
I muszę przyznać: Dzieciołap mnie nie zawiódł. Ba – rozbudził apetyt na więcej. ;)
Jedynie naznaczeni przez śmierć są w stanie ocalić żywych.
Morderca. Sługa zapomnianej bogini. Strażnik Nieprzekształconej. Ożywieniec.
Samuel Reilig powraca do slumsów Lunde, by rozwikłać tajemnicę morderstw. Wspólnie z Raon, zamkniętą w ciele dziecka demoniczną istotą, przyjdzie mu zmierzyć się ze złem, które zakorzeniło się w Ściekach, toczącą tamtejszą ludność zgnilizną oraz uciekającym czasem. Wszystko wskazuje na to, że niesławny Dzieciołap znad Nestry zbliża się wreszcie do swojej Ostatecznej Śmierci, jego przeciwnik zaś od dawna oczekuje ich spotkania.
Duszno i klimatycznie.
Agnieszka Miela znów to zrobiła – wrzuciła mnie do świata tak brudnego, że po lekturze miałam ochotę wyprać sobie duszę.
Ale właśnie tak lubię. Kiedy książka nie głaszcze mnie po głowie, tylko łapie za fraki i z impetem wrzuca prosto w rynsztok.
A takie właśnie jest Lunde. Miasto, które bez żadnych wyrzutów sumienia można by ochrzcić mianem rynsztoka. Nie poleciłabym go nawet najgorszemu wrogowi. Śmierdzi, sączy się zgnilizną, krwawi na każdym kroku – a mimo to ma w sobie coś, co przyciąga jak magnes. Nie da się od niego oderwać.
Samuel Reilig, znany też jako Dzieciołap, to nieumarły, który przeżył więcej, niż jeden człowiek powinien. Zmęczony, wyprany z marzeń i złudzeń, ale wciąż na usługach Śmiertnej – bo śmierć śmiercią, a robota sama się nie zrobi. Towarzyszy mu Raon – istotka, która wygląda jak słodka dziewczynka, a w rzeczywistości jest Nieprzekształconą boginią, potworem i jedyną znaną mi postacią zdolną rzucać zaklęcia i pogardliwe spojrzenia jednocześnie. Ich duet – detektywistyczny, jeśli można tak powiedzieć – jest przerażający i fascynujący zarazem.
Śledztwo, które prowadzą, zdecydowanie nie jest dla ludzi o słabych nerwach. Bo to, co czai się w ściekach Lunde, to nie tylko brud i potworności. To zło, które najbardziej żeruje w tym, co zostało z ludzkich dusz.
Ale cała ta historia nie miałaby takiej siły rażenia, gdyby nie styl Agnieszki Mieli. Powiem jedno – petarda. Autorka potrafi między jednym ohydnym szczegółem a drugim wcisnąć zdanie tak piękne, że chce się je oprawić w ramkę i postawić na półce. Każde słowo buduje tu klimat, aż chce się go zdzierać z kartek paznokciami. Nawet szczury mają tu charakter. I to więcej niż niejedna postać w niejednej książce.
Podsumowując: to nie jest książka dla wrażliwców. Ale jeśli lubisz, gdy literatura cię przetrzepie, przeżuje i z gracją wypluje – Dzieciołap Agnieszki Miela idealnie się do tego nada.
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:
|
Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję: Wydawnictwu Zysk i S-ka
|



No Comment! Be the first one.